To się zaczęło około szóstej rano.
Usłyszałam, jak wstaje, zaczyna chodzić - tak, jak zwykle, ale jednak inaczej...Zatacza się, a potem słychać, jak siusia na podłogę. Próbuje iść, ale obija się o kolejne meble. Wołamy go. Nie słyszy. Wreszcie P. przytrzymuje go i kieruje w moją stronę. Tosiu idzie do mnie, a w jego oczach widzę strach - nieopisane przerażenie umierającego psa. Potyka się i wpada prosto w moje ramiona. Jest bezwładny i bardzo ciężki, z trudem przyciągam go do siebie. Przytulam mocno i czuję, jak bardzo szybko bije mu serce, jak ciężko oddycha. Leży na moich kolanach, a ja wiem, że właśnie tam jest bezpieczny. Opiera głowę o moje przedramię, z wywieszonego języka cieknie ślina. Za chwilę zaczyna się szarpać, chce wstać, ale po przejściu paru kroków znów się przewraca. Klękamy przy nim na podłodze, podkładamy koc i tak zostajemy. Przez kolejne godziny na zmianę przytulamy Tosia, przytrzymujemy, gdy próbuje się zrywać, zmieniamy zasiusiane ręczniki, mówimy do niego. Mówimy dalej także wtedy, gdy widzimy, że chyba już nawet nie ma świadomości, że jest tutaj z nami.
Umysł mam wyłączony. Wiem tylko jedno - Tosiu umiera, a my jesteśmy przy nim. Umiem jedynie napisać krótkiego SMSa do H., która dopiero o 17-tej może przyjechać, aby się z nim pożegnać - jeśli Toś będzie jeszcze wtedy żył. Jeśli będzie... Teraz leży i oddycha już całkiem spokojnie, wydaje się, że śpi, ale wiemy, że powoli przechodzi już na drugą stronę. Za chwilę będzie siedemnasta. Dzwonek do drzwi - to przyjechała H. Klęczy przy Tosiu, głaszcze go, przytula... Wymieniamy tylko kilka zdań...Tak, trzeba będzie pewnie podjąć decyzję... Próbuję dodzwonić się do weterynarza, ale nagle P. i H. wołają mnie. To chyba już, lekarz nie będzie potrzebny. Kładę dłoń na klatce piersiowej Tosia, przytulam twarz do jego głowy. Pod palcami czuję łomoczące, galopujące serce. Biegnie, biegnie, biegnie. Nagle dziwny, ledwo słyszalny dźwięk, jakby westchnienie. Oczy Tosia nagle są szeroko otwarte, zapatrzone gdzieś przed siebie. Pod palcami spokój. Serce przestało bić. Sama nawet nie wiem, co szepczę Tosiowi do ucha. Czuję spokój ducha, chociaż sama dokładnie nie rozumiem, dlaczego. Wszystko się dopełniło, zamknęło.Piękny, postawny, stareńki bokser z demencją. Był z nami 3 tygodnie. Ktoś go kiedyś kochał, był czyjąś dumą. Ktoś inny któregoś wrześniowego dnia wyrzucił go na pastwę losu. Potem na jego drodze pojawili się ludzie, dla których stał się ważny.
Widziałam w nim moją Tosię. Nigdy nie będę wiedzieć, jaka byłaby, gdyby dożyła tego wieku. Nie będę też pamiętać mojego z nią pożegnania. Nie było nam ono dane...
