czwartek, 7 listopada 2013

A tymczasem w kociarni...

Dziś kilka doniesień "z linii frontu".

Rudy, nazwany przeze mnie Stachem (nie pytaj, dlaczego, ja sama nie wiem, po prostu mówiąc do niego w pewnej chwili tak go nazwałam) ostatnio nie tylko czeka na mnie, ale...pozwala się głaskać, mruczy i strzela piękne baranki! Jednak, jako że jest to stary, niezależny kocur, robi to tylko i wyłącznie wtedy, gdy ma akurat dobry nastrój - o czym się przekonałam, gdy za którymś razem wyciągnęłam do niego rękę i był to NIEWŁAŚCIWY moment - Stachu najpierw zrobił unik, a potem ostrzegawczo (leciutko) chwycił mnie za rękę zębami. Tak jest, szefie, wszystko zrozumiałam!
Tak bym chciała, żeby znalazł się dla niego dom - szanujący jego odrębność, doceniający jego dobrą wolę - taki do "dopieszczenia" kociego seniora...

Blaszaneczka już nie ucieka na dwór, gdy jestem w kociarni, albo inaczej - nie zawsze ucieka i nie od razu. Na razie nie ma mowy o jakimkolwiek pogłaskaniu jej, a nawet o wyciągnięciu w jej stronę ręki, więc sukcesem jest to, że stoję w odległości niecałego metra od niej i Blaszaneczka przez parę minut jest w stanie to wytrzymać.

Czy pamiętasz, jak zżymałam się na rozrabiające i nieziemsko bałaganiące  w klatce podrostki - czarnego i łaciatego? Dobra wiadomość - obaj zostali wykastrowani i od trzech dni są już w kociarni. Trzeba przyznać, że "wejście" mieli imponujące - po wypuszczeniu z transporterów pooooszliiiii!!! Przez kolejne godziny dawali upust energii, którą "magazynowali" przez parę miesięcy. Przebiegli przez wszystkie półki i pod półkami, bawili się każdą napotkaną zabawką, toczyli ze sobą walki na niby i zaczepiali inne koty. Te bardziej stateczne były nieco oburzone i patrzyły z pewnym potępieniem, ale już na przykład Pietruszka Druga bardzo szybko przyłączyła się do zabawy. Dziś młodociane towarzystwo było już wyraźnie spokojniejsze i jeden z braci przyszedł nawet sam na kolana. Teraz potrzeba im już tylko kochającego człowieka, który pozwoliłby im poszaleć, a potem przytulił i wsłuchał się w kocie mruczenie...

Naprawdę, sporo jest cudownych, przyjaznych kotów....i tylko domów brak...

A ja zbieram siły, żeby wreszcie napisać o największym kocim wrogu - podstępnym, niemal niemożliwym do pokonania, który przywodzi na myśl Hydrę z jej wciąż odrastającymi łbami. O panleukopenii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz